wtorek, 22 lipca 2008

film o pszczółkach

(czyli przekornie o bzykaniu)

Zafundowałam sobie zabawę: pewien znajomy, jak się okazało, jest maniakiem... ściągania filmów. Tak to bywa, kiedy da się dziecku nową zabawkę - bawi się nią do upojenia, nie patrząc na inne. Znajomy działa na podobnej zasadzie: ściąga, co popadnie, bacząc tylko na jedno, żeby filmy były możliwie nowe. Dostał mi się rykoszecik w postaci rulonu cedeków, ale gdy rzuciłam się nań cała w zachwycie, okazało się, że do zgrania mam co najwyżej 5-7 filmów naprawdę na poziomie. Reszta nie nadaje się nawet do jednego opisowego zdania, a szkoda. W powodzi cedeków znalazłam kilka płytek opatrzonych imieniem mojego dobroczyńcy, więc zaciekawiona natychmiast zajrzałam do środka i odkryłam, co w sumie od początku było jasne, filmy przyrodnicze. Smutek i żałość, proszę państwa, albo znów mam jakieś wygórowane mniemanie o tym, jaka powinna być zawartość takiego cedeka. Póki co, poprzestanę na opisie filmu, który z samozaparciem udało mi się obejrzeć do końca.

***
Akcję umieszczono w niedalekiej przyszłości - czołówka przypomina nieco jedną z polskich komedii Machulskiego: pojawiają się trzy panienki, majestatycznie wstępujące na chromowane schody, które prowadzą do czegoś, co z grubsza przypomina krzesło elektryczne. Na tym czymś zasiada panienka ze wszystkich najmniej odziana, za to z obrożą na szyi, a pozostałe, pewnie te dominujące, przyozdabiają jej ciało we wszelkie potrzebne rekwizyty. Są nimi ogromne czarne rękawice wyglądające jak borsucze łapy, jest także czarny kask z kamerką pośrodku czoła.

Zaczyna się zatem jazda, i to niemal całkiem dosłownie, bo nasza panienka łapie autostop. Kierowca jest młody, piękny i kudłaty, a także chętny, co potwierdza następna scena: panienka rozkrzyżowana na lśniącej masce dobrze utrzymanego krążownika szos (uwaga: na białej masce nie ma takich znakomitych wizualnych efektów, za to bardzo dobrze widać krew) daje się ujeżdżać z różnym natężeniem dźwięków, niemniej jest to dość nudne i monotonne, może dlatego, że pan zdaje się nie mieć wyczucia, albowiem używa lateksowego zabezpieczenia. W końcu jednak dochodzi do sedna z wielkim bólem widocznym na męskich licach, i następuje koniec - marny bo marny, ale możemy przejść do kolejnej sceny.

A scena ta zawiera pienia chóralne jako podkład muzyczny oraz pana, który mocno muska panią po obnażonych tyłach, poza tym robiąc niewiele albo zgoła nic, bo resztę załatwiają za niego efekty specjalne, do czasu, gdy wchodzi kolejna pani odziana w lateksowe wdzianko, z wdziękiem pieszcząc naszą panienkę w najczulszych miejscach. Bzzz.... Ciągu dalszego należało się spodziewać: pan, preferując lateksowe ciuszki, zajmuje się tą drugą panią, podczas gdy poprzednia nieboga pozostawiona sama sobie, robi za tło dźwiękowe, coś tam soczyście pogadując, gdy jej rywalka w tym czasie rozkosznie ćwierka. To ćwierkanie wspomagane tekstem działa tak mocno, że pan szybko kończy dzieło, po czym obie panie przekazują sobie jego efekt w uroczym, niewinnym pocałunku.

W kolejnej części filmu nasza bohaterka siedzi pod prysznicem, a myje się tak dokładnie, że niemal zdziera z siebie skórę, ale widocznie ta zdarta skóra zaczyna wydzielać jakieś feromony, bowiem nagle pojawia się dawno oczekiwany pan. Zamiast jednak przystąpić do dzieła, uznaje widocznie, że obiekt nie jest dokładnie wyszorowany i dodaje swoje trzy grosze tu i tam. Ma poniekąd rację, jest tak gorąco, że asfalt spływa kaskadami po ulicach. Bzzzz.... Gdyby nie dźwięki wydawane przez naszą bohaterkę od czasu do czasu, byłoby to śmiertelnie nudne - a tak - jest tylko nudne. W przerwach między ziewaniem możemy podziwiać tatuaż, który tym razem znalazł miejsce w pachwinie (zaczynam podejrzewać, że pani jest masochistką). I oto finał: pan ryczy niczym ranny zwierz i traktuje panią życiodajną cieczą w ilościach mikro, co oznacza, że jest bardzo zmęczony albo że już wcześniej, prosiak, miał z kimś okoliczność...

W ostatniej części znana nam panienka próbuje swych sił w tańcu. Salome z niej bynajmniej nie jest, więc obecny na pokazie pan słabo się ekscytuje, co było do przewidzenia; będziemy więc wraz z nim cierpieć męki :) Okazuje się jednak, że pani, choć nie jest mistrzynią tańca, ma inteligencji więcej niż za grosz. Widząc brak reakcji porzuca taniec i podchodzi do pana, bezpośrednio działając na zmysły. Zaczyna się zwykły rytuał ciamkania i siorbania oraz mówienia z pełnymi ustami, więc o tym nie napiszemy, bo nie dość że trudno zrozumieć, to pewnie nudne jak wszyscy diabli. Panienka stara się jak może, w końcu dochodzi do słusznego wniosku, że trzeba się odwrócić, a wtedy...

fin!!! zacięło się w chwili, gdy pan właśnie zaczął szczyt. Nihil novi sub sole, zaprawdę powiadam, że każdy film oznaczony jako przyrodniczy, jeśli nie zawiera inteligentnego scenariusza (a bywały takie, oj, bywały...) może od razu iść na śmietnik, ponieważ co bardziej wyrobiony widz w pewnej chwili zacznie oglądać obraz na zasadzie: "bzzzz....".

***
Pozwoliłam sobie na dokładny opis, bo w tych przypadkach nie ma nic, co można choćby lekko przysłonić mgiełką niedopowiedzenia, a najlepsze co spotyka taki film, to streszczenie podobne do mojego :))

Brak komentarzy: