Wczoraj oglądałam film "Henryk VIII" i powiem tyle, że jest trochę, ale tylko trochę, podobny do wspaniałej, niezapomnianej "Anny tysiąca dni", lecz gdzie tym wszystkim aktorom do Burtona czy Bujold. Co prawda, Anna Boleyn też pokazuje, że jest postacią tragiczną, lecz zdecydowanie lepsze były tamte dialogi, poza tym aktorzy grali, jakby im naprawdę iskrzyło, a tutaj... pan Ray Winstone ma szczątkową ochotę na Annę - nie wiem, czy to nie jest tzw. signum temporis, w dzisiejszych czasach trudno zagrać fascynację kimś, na kim zależy tak średnio, bo się wie, że jak nie ta, to inna - wtedy oczywiście Henryk także miał do wyboru do koloru (taka kwestia pada w filmie), ale ówcześni ludzie inaczej pojmowali świat i jego niepowtarzalność. Kilka scen jest jak żywcem przeniesionych z tamtego filmu, na przykład procesy królowych (najpierw Katarzyny, potem Anny) czy ogniste wyznanie niechęci do króla, uczynione przez Annę... ale to wszystko. Nie widziałam jeszcze drugiej części, lecz chyba będzie trochę nudna, bo wyrazista kobieca osobowość właśnie została ścięta. Co zabawne, Bujold i Bonham - Carter są bardzo podobne do siebie fizycznie, zwłaszcza ich twarze. A Winstone jakoś mnie nie wzrusza. Problem drastycznych wyborów króla, które w tamtym dramacie były mocno zaznaczone, tutaj polegają tylko na oddaniu Wolseya pod klucz, a król po skazaniu kardynała nie chce z nikim rozmawiać, co oznacza, że głęboko przeżywa swoją nielojalność. Oszczędzono nam widoku twarzy aktora, ufff. Do końca nie wiem, co właściwie robi w filmie Charles Dance, czyli książę Buckingham, bo scena z jego udziałem jest zagmatwana i dziwnie nie koresponduje z całością, ale książę szczęśliwie daje głowę na samym początku, i tyle go widzimy. W drugiej części - piękna główka Anny od dawna poniewiera się na szafocie, a Henryk już znalazł nową żonę, Jane Seymour. Jane jest jego aniołem, skarbem, natchnieniem i czym tam jeszcze, co jednak nie przeszkadza Henrykowi brutalnie wysłać ją do diabła, gdy ośmiela się przeciwstawić rzezi katolików oraz śmierci rebelianta, Roberta Aske. Zaraz po tym wybuchu następuje przedwczesny poród i oto mamy dawno oczekiwanego następcę tronu, i znów samotnego Henryka, albowiem ukochana żona spełniła swój obowiązek i rozstała się z życiem. Potem nie dzieje się nic szczególnego, tyle, że Henryk szuka opiekunki dla syna. Może by i znalazł, ponieważ odszukana kobieta okazała się nadzwyczaj rozsądną damą, ale jej uroda nie odpowiadała Henrykowi, więc jej nie tknął i zażądał rozwodu. Anna de Cleves nie tylko przeżyła, ale i zyskała wielki szacunek angielskiego ludu jako pani dobra i sprawiedliwa. My natomiast potwierdzamy swoją opinię na temat Henryka, że może i był z niego wielki władca, ale charakter miał paskudny i biada tej, na której spoczęło jego pożądliwe oko. Kolejną panią jego serca została młodziutka Katarzyna Howard, nazywaną przez króla różą bez kolców, albowiem był przekonany, że dostała mu się dziewica. Tymczasem była to nieźle wyedukowana panienka, i choć tak młoda, raczej już bez wianka. Ponieważ należała do niewłaściwego obozu, łatwo było zdobyć dowody jej zdrady i posłać na szafot. Po jej śmierci Henryk wreszcie miał dość i tym razem sprzątnął sprzed nosa kandydatkę na żonę - samemu Norfolkowi. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby żył nieco dłużej, ale tym razem Katarzyna Parr została królową wdową. Jak wiadomo, potomstwo Henryka było co najmniej dziwaczne, lecz wbrew wszystkiemu, na kartach historii najwspanialej zapisała się Elżbieta, która pozostała królową bez rodzinnych zobowiązań, i może dlatego tak twardą, jak stal, mając niewiele słabości - unikając zawirowań, jakie były udziałem jej ojca.
Do wyboru mamy teraz sporo filmów o Henryku VIII - zatem polecam "Annę tysiąca dni", po niej można obejrzeć bardzo dobry sześcioodcinkowy serial o Henryku (dość już wiekowy... w króla wcielił się Keith Mitchell), następnie dramat historyczny "Oto jest głowa zdrajcy" (świetnie zagrany!!) - i każdy z nich będzie o niebo lepszy od tego, o którym właśnie piszę. Z wyjątkiem, oczywiście, "Tudorów", czyli sztandarowej opery mydlanej.
Tak się poznali Henryk i Anna Boleyn:
http://pl.youtube.com/watch?v=G1jjhW9_s2c
UPDATE grudzień 2011.
Spieszę odszczekać pod ławą większość zarzutów dotyczących filmu. Byłam zbyt surowa, szczególnie dla biednego Henryka, którego Winstone zagrał naprawdę dobrze. Tym razem obejrzałam film dokładniej, zwracając największą uwagę na króla. Charakteryzacja się udała, a sam Winstone oczarował mnie w jednej scenie - gdy poznaje Katarzynę Howard i się jej oświadcza, ostrożnie klękając na kamiennej posadzce, by nie urazić chorej nogi a jednocześnie nie pokazać pannie, że żaden już z niego zdobywca, tylko wyleniały lew salonowy. Wiele nadrabia miną, ale i tak najlepiej wychodzi mu rządzenie, potrafi bez mrugnięcia okiem i ze swoistym poczuciem humoru skazać na śmierć Cromwella, który wplątał go w niefortunne małżeństwo z Anną Kliwijską. W podzięce za to wszystko Cromwellowi dostaje się kat, który "ćwiczył całą noc", bo jest ledwie opierzonym szczawikiem, więc trzy razy musi podnosić topór do ścięcia, a co to znaczy, można się domyślać. Za trzecim razem wreszcie się udaje i zgromadzona gawiedź bije brawo. Po obejrzeniu filmu nadal mam wątpliwości co do krwawej tyranii Henryka, bo Winstone zrobił z niego bardzo ludzką, choć targaną namiętnościami, postać. Ale takie to były czasy - na dworze angielskim wprawdzie nikt nikogo nie truł, za to potrafił w kunsztowny sposób spowodować, że nagle z największej łaski trafiało się w otchłań zapomnienia lub wykańczali się najlepsi przyjaciele, a wszystko w imię króla - co elegancko oznajmiali tuż przed ścięciem, na szafocie.
Tak więc uważam ten film za jeden z lepszych, choć niekoniecznie prawdziwych. Howgh.
Tagi: dramat, kostiumowy